Spyderco Endura Blue - test noża

‹‹ powrót do testów noży

 

Firma Spyderco znana jest z tego, że podchodzi do produkcji swoich noży z sercem. Ich twórcy nie są obojętni na porady i sugestie użytkowników. Tak też było w przypadku modelu Endura.

Model 4 znacznie różni się od swojej „starszej siostry”, czyli Endury 3. Zmiany podyktowane zostały sugestiami użytkowników, bo któż może wiedzieć lepiej, co należy usprawnić jak nie ci, którzy codziennie używają tego noża? Tak więc naginając się do propozycji ludu, Sal Glesser, założyciel Spyderco, poczynił kilka zmian.

Długość całkowita E4 (tak w skrócie będę nazywał nową wersję) zmalała względem E3 o jedyne 2 mm. Zamknięta, „nowa” Endura jest minimalnie dłuższa niż starsza wersja. Najważniejszą zmianą w wymiarach jest jednak ostrze: E3 - 100 mm ostrza, 87 mm krawędzi tnącej, w E4 – 96 mm/88 mm KT.

Poważniejszej poprawie uległa rękojeść noża. Materiał, z którego zostały wykonane oba modele to FRN, jednak w E4 poprawiono chwyt poprzez zmianę tekstury rękojeści. Dodatkowo, Endura 4 została wzmocniona stalowymi linersami, co nieco podniosło masę noża (z 86 na 103 gramy), jednak znacznie zwiększyło sztywność i bezpieczeństwo użytkowania. Czymś, na co narzekała znaczna większość nabywców, był sposób zmontowania noża. Poprzednio, Endura była teoretycznie nierozbieralna, ponieważ zanitowano ją na stałe, łącznie z osią główną, co powodowało wystąpienie blade play po jakimś czasie użytkowania. Sal Glesser wziął sobie i to do serca, czyniąc Endurę przyjazną użytkownikowi poprzez możliwość całkowitego rozkręcenia. Niejako przy okazji zmieniony został też klips. W E4 pojawiła się możliwość nie tylko przełożenia go na drugą stronę, ale także przykręcenia u góry lub u dołu rękojeści.

Kolejnej zmianie poddano kształt ostrza. W starszym modelu opadało ono prosto, nowsza wersja ma czubek minimalnie zaokrąglony centymetr przed końcem, co znacznie zwiększyło jego wytrzymałość. Poprzednio, ostrze nie było dostępne w szlifie pełnym płaskim, od 2006 roku natomiast, w chwili pojawienia się obecnego modelu, wersja taka jest dostępna.

Początki

Endurę poznałem w styczniu. Dokładnie 26 dnia tego mroźnego miesiąca wybrałem się na ognisko do kolegi, Lotara. Byłem nowy w środowisku, niby trochę obeznany z tematem, lecz ciągle bez porządnego noża. Brakowało mi go, lecz nie wiedziałem gdzie szukać. Jak dziecko we mgle, błądziłem. Czy Benchmade? A może SOG? Czy jednak Spyderco? Pozostać przy Vicku w kieszeni i nie zawracać sobie głowy? Łapać chińskie wynalazki? Wybór był okropnie trudny. Kolejny problem – brak możliwości organoleptycznego poznania jakiegokolwiek ostrza. W moim mieście nie ma żadnego sklepu z ostrościami, a sam Internet i fora dyskusyjne nie pomogą wybrać. Jednak los okazał się łaskawy. Kolega Glaca na szczęście miał przy sobie Endurę. Wpadła mi w oko przypadkiem, gdy zauważyłem, że „czymś pomarańczowym” grzebie w słoiku z musztardą. Wiedziałem, że muszę zapytać, co to jest. Po chwili wahania odważyłem się podejść, i Endura już tkwiła w mojej dłoni. Pierwsza myśl: jakie to lekkie i fajne! Płaski, zgrabny nóż, mimo rozmiarów nie będący ciężkim klockiem. Back-lock miło kliknął przy otwieraniu, blokada zapadła pewnie. Wcześniej uważałem, że najdoskonalszą metodą otwierania noża jest kołek. Okazało się, że byłem w błędzie. Dziura w ostrzu przypasowała mi wybitnie. O otwór średnicy 13 mm kciuk zahacza idealnie, wystarczy popchnąć palcem, i już głownia jest otwarta. Można powiedzieć, że Endura przypadła mi do gustu, lecz…

Tego dnia jednak nie mogłem zbyt długo się nią pobawić… Toteż jakiś czas później postanowiłem nabyć ją na własność.

Endurę 4 FFG zakupiłem z myślą zmiany noża EDC. Wygoniła z kieszeni Sanrenmu 710, więc skok jakościowy był spory. Nóż, pracując u mnie, ma zazwyczaj przed sobą wiele zadań. Nie ominęło to także Endury.

Poznanie i użycie

Nowy zakup dotarł do mnie błyskawicznie. Pełen ekscytacji zacząłem rozrywać paczkę… I miło się zaskoczyłem. Poza nożem dostałem katalog od firmy. Sympatycznie. Poszedł on jednak na bok, bo oto jest ONA: Endura w przepięknym, niebieskim kolorze. Barwa ta wpadła mi w oko jeszcze zanim pomyślałem o zakupie noża, gdyż nie rzuca się aż tak w oczy jak pomarańczowa, a nie jest nudna jak czarna. Palec w otwór (jakkolwiek to brzmi), szybki ruch, klik! Blokada zapadła i już cieszę się otwartym nożem. Od razu pomyślałem więc, co ciekawego można nim zrobić? Jako że była pora obiadu, wybór był prosty. Użyteczność noża w kuchni jest bardzo wysoka. Płaski szlif, dosyć cienkie ostrze, ostry, spiczasty, lecz odporny czubek to coś, co przydaje się przy codziennych pracach.

Na pierwszy ogień poszły produkty dosyć twarde: marchew, ziemniaki, brokuł, cebula. Wszystko trzeba było pokroić i porcjować. Endura nie zmęczyła się tymi zadaniami, prędko uporałem się z krojeniem warzyw. Długość ostrza pozwalała na przekrawanie dwóch marchwi na raz, a wygoda chwytu rękojeści umożliwiła przyłożenie sporej siły przy przecinaniu. Wycięcie Boye Detent w back-locku uniemożliwia przypadkowe zwolnienie blokady przy mocnym uścisku noża – tak głosi obiegowa opinia, i ja ją potwierdzam. Nie złożyłem noża przypadkowo ani razu. Lekką wadą noża jest minimalny blade play przy nacisku na ostrze. Nacisku mocnym, w kierunku cięcia. Czuć wtedy, że klinga lekko „pracuje”. Może wynika to z budowy noża i długości jego ostrza, gdyż w Delice tej przypadłości nie zauważyłem.

Kolejnym wyzwaniem dla noża było mięso, gdyż obiad szykowałem nie tylko dla siebie. Porcjowanie piersi kury i podudzi było nawet przyjemne. Precyzyjny czubek ułatwiał dokładne cięcie, ostrość „brzytwy” zapewniała pewne, czyste cięcie. Przypadkowo nóż raz pojechał po kości kury – nie zostawiło to na KT żadnych widocznych śladów. Długość rękojeści umożliwiła wygodne złapanie i trzymanie jej przy wszystkich pracach – zarówno precyzyjnych, jak i cięciu na szybko.

Po zakończeniu przygotowań do obiadu wypadało nóż wyczyścić. Nie było beznadziejnie, chociaż przyznam, że miałem styczność z nożami, które czyści się łatwiej. Nieco „padliny” powchodziło w otwory odciążające w linersach, lecz woda pod ciśnieniem wypłukała to, co zostało. Ostrość noża nie zmieniła się specjalnie: golił włosy jak przed krojeniem, przez kartki płynął. Było dobrze.

Kolejne testy to już coś poważniejszego: nóż poszedł ze mną do pracy. Standardy magazynowe: kartony, paczki, pakunki, taśmy. Dużo, duże, mocne. Nie stanowiły problemu dla Endury. Cięła wszystko i wszędzie, nie oszczędzana ani przez chwilę. Plusem jest jej mała waga: zawieszona za klips na piersi błękitnych ogrodniczek nie ciąży w ogóle, przez co nie zwisają i człowiek wygląda w pracy schludnie.

Po robocie, czas na powrót do domu. Próba odpalenia auta i… zaskoczenie. Nie pali. Bo nie. Przewód podciśnienia postanowił się urwać. I co tu robić… Jak to co? Endura w dłoń i jazda. Z innego przewodu wyjętego spod maski dosztukowałem brakujący kawałek. KT nie odczuła cięcia gumy, jednak zgrzyty na zbrojonym wężyku troszkę mnie zmartwiły, jednak niepotrzebnie. Po wykonanej naprawie obejrzałem nóż z bliska – KT bez obrażeń, jedynie lekkie rysy na bokach ostrza. Normalka.

Ciężka praca ogrodowa

Korzystając z dwóch pięknych dni, postanowiłem zabrać mój nowy nabytek do ogrodu. Z góry zaznaczam: nie nadaje się do batonowania, rąbania czy innych czynności będących gwałtem na nożu. Nie ten typ, ale prace w stylu podcinania, nacinania, obierania z kory, strugania… to już inna sprawa. Sprawdza się świetnie. Ostrze nie klinuje się, a Spyderhole jest bardzo użyteczny – gdy nie mamy gdzie odłożyć noża, zawsze można powiesić go na świeżo przyciętej gałęzi. Endura nie gubi szybko ostrości, chociaż po grzebaniu wśród korzeni przestała golić włosy. Nic dziwnego, wszak wiadomo, że kontakt z ziemią podczas cięcia nie działa zbawiennie na ostrość. Parę ruchów na turnboxie i ostrość taka jaką lubię wróciła.

Inne prace jakie wykonywał nóż były co najmniej… dziwne. Zdarzyło mi się przekrawać oponę, docinać płytę wiórową, grzebać w karton-gipsie. Podczas cięcia opony nie poddawał się, blokada nie zawiodła, mimo iż siła przyłożona do cięcia była znaczna. Przyznam szczerze - mechanika nie odniosła żadnych obrażeń, podobnie jak całość konstrukcji noża. Jedyny ślad to lekkie rysy, które pojawiły się na ostrzu. Spędził też kilka dni, pracując w mokrym i nieco nieprzyjemnym środowisku. Nie ukrywam, że chciałem sprawdzić jak jest z rdzewieniem. Nóż nie pokrywał się rudą. Wystarczyło wypłukać go od czasu do czasu i wysuszyć po użyciu.

Mój nóż został przetestowany również przez moją narzeczoną, dziewczynę o drobnych, delikatnych dłoniach. Nie narzekała podczas krojenia, waga jej nie przeszkadzała, co więcej… tak bardzo spodobał się, że na tydzień utraciłem go z oczu, gdyż narzeczona zwinęła mi go na wyjazd. Nie wiem co tam robiła, wiem tylko, że nie ona jedna z niego korzystała. Z wyjazdu powrócił przytępiony i brudny, lecz sprawny. Dochodzę do wniosku, że skoro Ona nie złamała ostrza, nie wyszczerbiła, ani nie uszkodziła mechaniki, to znaczy, że nóż jest odporny. Żeby nie było - narzeczona załatwiła już kilka noży. Po używaniu go przez nią dostawały blade play szybciej niż przeze mnie. Taki paradoks… delikatne dziewczę katuje noże bardziej niż ktoś taki jak ja.

Podsumowanie

Endura 4 jest świetnym nożem EDC. Mocna (nie mylić z pancernością), solidna, nie rzuca się w oczy, nie waży kilograma. Doskonały nóż do zadań typu otwórz-zrób-zamknij, jak i do długiej, cięższej pracy. Użyteczny, prosty w budowie, wygodny. Dobrze leży zarówno w łapach wielkich, średnich, jak i drobnej, kobiecej dłoni. Blokada po użytkowaniu pozwala szybko złożyć nóż, przy tym jest pewna i mocna. Całym sercem mogę polecić. Przyznaję, iż ten Pająk bardzo mnie urzekł i narobił ochoty na więcej.

Dane techniczne

Typ noża: składany

Stal: VG-10

Długość całkowita: 222 mm

Długość po złożeniu: 127 mm

Długość głowni: 96 mm

Grubość głowni: 3 mm

Długość ostrza: 88 mm

Rękojeść: FRN (nylon wzmacniany włóknem szklanym)

Blokada: Back-lock, Boye Detent